czwartek, 6 listopada 2008

niedziela, 12 października 2008

Cóż to był za tydzień :)

Uff... Tydzień nareszcie się kończy. Obecnie dzieje się u mnie tak dużo, że nie mam czasu żeby napisać tu coś innego niż wyrywki z pamiętnika. Nie mogę jednak narzekać bo dzieją się raczej same pozytywne rzeczy.

Byłem na chwilę w Brukseli i Antwerpii - trzeba przyznać, że są to piękne miasta o bardzo ciekawej architekturze - to naprawdę rzuca się w oczy. Wyjazd był dosyć ciekawy pod względem kulinarnym, miałem możliwość zjeść kilka ciekawych potraw: Małże w sałatce, panierowane podsmażane i gotowane - z tych trzech wybieram panierowane, podsmażane. Przyznam jednak, że we wszystkich formach małże były dobre. Smak jednak jest jak dla mnie mało wyrazisty, być może to, że jadłem je pierwszy raz miało jakieś znaczenie jednak nie będę za małżami tęsknił, ale też nie unikał. Frytki - Belgowie twierdzą, że to oni wynaleźli frytki i trudno się z nimi nie zgodzić. Gdy jadłem frytki przygotowane w najbardziej znanej frytkarni w Antwerpii miałem wrażenie, że ich pomysłodawca chciał, żeby właśnie tak smakowały :) Jeśli chodzi o belgijską czekoladę to jest niezwykła. Być może nie jest jakaś wyjątkowa ale jednak fakt, że jest przygotowana właściwie na zapleczu sklepu, w którym właśnie jesteś, powoduje, że sam zapach sklepu z czekoladkami jest nie do zignorowania. Gofry z czekoladą jakie jadłem to był po prostu majstersztyk - tak dobre rzeczy je się naprawdę rzadko.
Poza kulinarnymi wojażami były jeszcze inne atrakcje ale jaki jest parlament europejski to każdy widzi :) Duuuży, nudny, zarobiony.

Dzisiaj wróciłem natomiast z rajdu górskiego mojej katedry. Było super, kameralne grono, piękne krajobrazy, cudna pogoda, fantastyczna atmosfera i żal, że ominęła mnie Babia Góra. W ogóle to żal było wyjeżdżać. Muszę też powiedzieć, że byli wyjątkowo fajni ludzie, naprawdę mi się podobało. No a dzisiejsza rozrywka była po prostu świetna. Wojny bez łez czyli PaintBall! Było bombowo ale nigdy więcej o 9 rano po dwóch tak krótkich nocach :P Zabawę polecam wszystkim, naprawdę nie jest jakoś bardzo boleśnie czy agresywnie, no chyba że to był tylko urok naszego amatorskiego składu.

sobota, 27 września 2008

Mój ostatni post z Warszawy

Minęły trzy miesiące mojej praktyki. To był dobry czas. Nauczyłem się sporo, poznałem świetnych ludzi i zasmakowałem trochę pracy w korporacji. Dużo osób pytało mnie na zakończenie jakie są moje plany zawodowe ale szczerze odpowiadam tak jak im: Nie wiem. Niech życie toczy się dalej. Poczekam na kolejne wydarzenia, będę starał się żyć dobrze z dnia na dzień i zobaczę jak wyjdzie.

Nie chcę się nakręcać przerośniętymi ambicjami czy odległymi marzeniami. To jest jedna z rzeczy o której przypomniała mi moje koleżanka Agnieszka. [*] Będę ją ciepło wspominał, nawet czas gdy uczyłem ją fizyki albo gry w eurobiznes :) Przy jej śmierci zdarzyło się dużo małych niezwykłości, nawet w moim życiu. Odczytuję je jako znak, że już jest spokojna i szczęśliwa. Żegnaj.

A Warszawie mówię do widzenia!

środa, 17 września 2008

Świat nie przestaje mnie zadziwiać

Minął już ponad miesiąc od ostatniego postu, a świat nie przestaje się kręcić. Mało tego, kręci się coraz szybciej i coraz bardziej przypomina pijaka, któremu się zawróciło w głowie, a nie piruet baletnicy.

Giełda w Rosji - panika. Polska GPW - wyprzedaż jakiej dawno nie mieliśmy. USA - nacjonalizacja instytucji, które wydawały się zbyt duże żeby zatonąć. Rozumiem, że mogła upaść firma mojego sąsiada, ale żeby ogłaszać bankructwo Lehman Brothers. AIG i Merrill Lynch nacjonalizowane by ustrzec je przed katastrofą. Ceny paliw wariują. A mówili, że Tytanic nie zatonie.

Nie wiem czy to jest początek końca :) bo właściwie końca czego? Próbuję zrozumieć co się dzieje ale 4 lata studiów ekonomicznych poszło w las. Rozumiem pojedyncze zdarzenia, bełkot ekspertów, czasami nawet mechanizmy, które wywołały problemy. Zrozumienie jednak całości, całokształtu, to zupełnie inna bajka. Powiem szczerze: Z pośród wszystkich możliwych wyjaśnień i historii, są dla mnie równie prawdopodobne historie o powszechnym spisku i grupie ukrywających się władców świata, oraz teoria totalnego chaosu i losowości zdarzeń. Nie potrafię odrzucić absolutnie żadnego wyjaśnienia. Mogę nie dowierzać ale nigdy stanowczo zaprzeczyć.

Dwa bardzo ciekawe filmy (jeden troszkę długi) Zbliżają chociaż troszkę do zrozumienia co dzieje się w świecie finansów:


poniedziałek, 11 sierpnia 2008

Zrozumieć co się dzieje

Świat idei przeminął. W dniu rozpoczęcia olimpiady wybuchła kolejna wojna. Konflikt w Gruzji jest o tyle ciekawy, że biorą w nim udział dwa państwa o potwornej różnicy siły ognia. Właściwie jakt to możliwe, że taka mała Gruzja podskakuje Rosji? To przecież prawie jak samobójstwo. Nie ukrywam, że daleko mi do zrozaumienia skomplikowanej rzeczywistości i nie rozumiem też całego kontekstu tego konfliktu. Potrafię jedynie z całą pewnością powiedzieć, że nie ma juz na świecie takiej mocy, która skłoniłaby wszystkie kraje do rozmowy, zawarcia pokoju, nawet na krótki czas.
 
A jeśli chodzi o rzeczywistość wokół nas. "Każdy za uszomi cosik mo" - to tekst tegorocznej pielgrzymki :) Powtarzają go wszyscy i w kółko. Gdy tak się dobrze zastanowić to człowieka ogarnia dzisiaj ogromna frustracja, bezsilność. Co możemy zrobić? Gdy obserwujesz politykę, pewnie masz permanentne nadciśnienie. Gdy pomyślisz o kolegach z pracy, okazuje się, że nie masz 100% zaufania do prawie nikogo. Jednym zdaniem "Każdy za uszomi cosik mo".
 
Gdy patrze zatem na kolejną wojnę XXIw. oraz frustrującą rzeczywistość, jedyne co zamierzam, to wprowadzać zmiany mikro - wokół siebie. Jest niewiele rzeczy na które mam wpływ ale go przynajmniej mam. Nie mam zamiaru wykończyc się sprawami, na które nie mam żadnego wpływu, próbując wprowadzać zamiany makro - naprawiać Świat. Jedyne co mogę i mam zamiar robić to zmiany mikro. W tym miejscu znowu okazuje się, że nie jestem oryginalnym myślicielem, bo tak naprawdę powtarzam po Matce Teresie: "Zacznij zmieniać Świat od siebie". Tym razem jednak słyszę te słowa jakby bardziej wyraźnie, bo słyszę je w mojej bezsilności wobec olbrzymiego, skomplikowanego i często zepsutego i głupiego Świata. Teraz pozostaje tylko kwestia jak je zrozumieć: "Możesz jedynie zmienić swoje życie" czy "Możesz zmienić życie, aż jednej osoby".

poniedziałek, 4 sierpnia 2008

Tęsknota

W mojej głowie jest to teraz bez wątpienia najważniejszy temat. Nie sądziłem, że będę tak dużo o tym myślał, ale jednak pierwsze od 6 lat wakacje bez pielgrzymki to poważna zmiana. Gdy w zeszłym roku nie pojechałem na rekolekcje (po raz pierwszy od 9 lat) bałem się że będzie mi ich mocno brakowało. Ku mojemu zdziwieniu, pustkę wypełniła pielgrzymka. Dlaczego zdziwieniu? Ponieważ nigdy nie byłem entuzjastą pieszych pielgrzymek. Nigdy nie uważałem żeby była to dobra metoda na rozwijanie swojej wiary, a jednak okazało się, że bardzo wiele zyskiwałem w czasie tych pieszych wędrówek.

Pielgrzymka z mojej miejscowości wyrusza 6 sierpnia i idzie przez 6 dni. 11 sierpnia około południa będą już na wałach jasnogórskich. Zazwyczaj idzie ok. 400 osób, głównie młodzież ale jak na pieszą pielgrzymkę mamy też sporo ludzi starszych. Nie wiedzieć czemu ale każdą kolejną pielgrzymkę przeżywałem dużo ciężej fizycznie. Na pierwszej nie miałem żadnych kontuzji, bąbelków itd. Na każdej kolejnej przybywało odcisków, skurczy itp. Może Pan Bóg stopniowo dokładał mi ciężaru żeby zwiększyć efektywność pielgrzymowania :P W tym roku potrzebowałbym pewnie cały tydzień żeby dojść po niej do siebie :)

Zastanawiam się czego mi będzie brakowało najbardziej. Na pewno możliwości opowiadania o Jezusie w czasie pielgrzymki (zawsze miałem sporo takiej pracy, a jest to naprawdę fajne uczucie), na pewno będzie brakowało mi też "władzy" jaką miałem na pielgrzymkach. Zawsze prowadziłem wieczorne spotkania, modlitwy, w ciągu dnia miałem ciągły dostęp do mikrofonu, wszyscy mnie znali, byłem też chyba lubiany. Byłbym obłudnikiem gdybym nie przyznał, że to wszystko wiąże się z bardzo przyjemnymi uczuciami. Rzeczą której jednak najbardziej będzie mi brakować to prostota pielgrzymki. Wstajesz - idziesz. Żadnej filozofii, żadnych dylematów, wyborów, plan dnia jest z góry ustalony, postoje i noclegi również. Prostota przejawia się również według mnie w samym słownictwie, otoczce pielgrzymki. Gdy jesteśmy już w klasztorze na Jasnej Górze, padają tam zawsze bardzo proste słowa. Tam naprawdę pielgrzymi zwracają się do Matko Bożej jak do własnej matki, z czułością, otwartością i właśnie prostotą. Gdy człowiek jest odpowiednio zmęczony to nie jest już w stanie dobierać pięknych słów, tylko wali prosto z mostu. Tak właśnie modliłem się zawsze na pielgrzymce. A moim chyba ulubionym momentem była modlitwa w kaplicy najświętszego sakramentu - zawsze chodziłem się tam przespać. Z premedytacją szedłem właśnie tam bo uważam, że nie ma nic lepszego niż usnąć w tak doborowym towarzystwie :P

Skończę w tym miejscu bo widzę, że mój wpis zaczyna zamieniać się w jakieś sentymentalne westchnienia, przejdę zatem chyba do planowania mojej duchowej pielgrzymki, bo przecież jak dobrze ułożę plan nadchodzących dni to chociaż duchowo uda mi się podróżować razem z moimi przyjaciółmi do Częstochowy. To może być ciekawe doświadczenie, zobaczymy czy mi się uda.

środa, 30 lipca 2008

Z pamiętnika praktykanta

Jak błyskawica minął pierwszy miesiąc mojego stażu. Jest naprawdę dobrze. Myślę że już dużo się nauczyłem, sporo jeszcze przede mną, praca jest dosyć ciekawa, a przede wszystkim zmienna :) Gdyby nie to, że wylądowałem tutaj prawie zupełnie sam to nawet chwaliłbym Warszawę :P

Do rzeczy! Pamiętnik praktykanta (Asok'a, hinduskiego studenta w dużej amerykańskiej korporacji):



wtorek, 29 lipca 2008

Indywidualizm...fuj

Już nie mogę tego wytrzymać. Ciągłe przekonywanie mnie, że im jestem bardziej oryginalny tym lepiej. Coraz częściej spotykam na ulicy ludzi myślących, że im bardziej dziwnie się ubiorą tym bardziej wyrażą siebie. Nic bardziej mylnego! W biurze spotykam codziennie kilkadziesiąt osób, wszyscy w strojach biznesowych, można by powiedzieć, że uniformizacja społeczeństwa na najwyższym poziomie. Okazuje się jednak, że pracują tu same indywidualności. Paradoksalnie natomiast bierzemy przedstawicieli dowolnej subkultury młodzieżowej i zauważamy, że wszyscy maja podobne poglądy, wszyscy równie łatwo dają się manipulować swoim idolom, a indywidualizm o którym ciągle mówią to próba dowartościowania siebie. Jeden z moich ulubionych pisarzy, Gombrowicz, był mistrzem tego tematu. Przed Gębą nie uciekniesz! Nie da się bez niej żyć, nie ma takiej opcji.

Rozprawiłem się króciutko z wszystkimi punkami, emo itp. Mamy jednak jeszcze inna grupę, która szuka indywidualizmu. Młodzi yuppies, oraz wszyscy w około nich. Moja znajoma z biura powiedziała ostatnio, że brak funduszy nie pozwala jej na pełne wyrażanie siebie, na pełny indywidualizm. Gdyby miała więcej pieniędzy, mogłaby bowiem kupować oryginalne produkty, robione zgodnie z jej życzeniami i dostosowane do jej potrzeb. W tym spersonalizowanym świecie czułaby wreszcie, że nie jest częścią masy, a jednostką, indywiduum. Bzdura! Cóż to za indywidualizm, który uzależniony jest od pieniędzy!? To zwykłe kaprysy i rozpieszczenie! Nie winię jej jednak za takie poglądy, przecież taką właśnie papką karmią nas dzisiaj media. Jeżeli jesteś indywidualistą to będziesz nim i w mundurku szkolnym i w garniturze i w dresie. Kasa nie ma tu nic do rzeczy.

Co się z ludźmi dzieje, że tak bardzo chcą być inni. Myślę, że diagnoza wcale nie jest taka trudna. Brak akceptacji samego siebie, brak miłości, to właśnie ten brak objawia się później strachem, że gdy trafimy do tłumu nikt nas już nie zauważy. Boimy się również słowa: "WSPÓLNOTA". W czasie mojego, krótkiego pobytu w Liverpool'u w czasie światowego kongresu młodzieży, zauważyłem, że bardzo często używa się tam słowa comunion. Wcale nie brzmiało przestarzale, obciachowo, czy ideologicznie wrogo. Wszystkim, którzy nie pamiętają przypominam, że komunia to właśnie wspólnota. Tu właśnie chyba leży kluczowy problem, to największe zło jakie pozostało po czasach komuny w Polsce. Po 89 roku miały nastąpić zmiany. Polacy stwierdzili zatem, że skoro mamy tu mieć kapitalizm to musimy zachowywać się jak kapitaliści. A kto nas uczył tego kapitalizmu? Oczywiście partia, przez wiele lat wpajając Polakom, że na zachodzie panuje wyścig szczurów, że jak sam o siebie nie zadbasz to cię reszta zadepcze. Nasz obraz kapitalizmu wynieśliśmy właśnie z czasów PRL i wdrożyliśmy go boleśnie w naszą rzeczywistość. Dzisiaj mamy same jednostki walczące o przetrwanie, ludzi, którzy na siłę próbują pokazać się jako inni. Biorą się stąd całe fale ateistów, racjonalistów, obawiam się, że czasami również "homoseksualistów" (orientacja seksualna to nie jest stan zero jedynkowy - są różne stadia i sądzę że samotność, brak akceptacji samego siebie i chęć zdobycia czegoś więcej niż normalności może kogoś pchnąć w inna orientacje), mamy też całe rzesze oazowiczów, w starych uciągniętych wełnianych swetrach i sztruksach, manifestujących swoja abstynencję czy inne inności.

Co jest takiego złego w byciu podobnym do innych. Przecież potrzebujemy poczucia przynależności. Dlatego w swojej inności poszukujemy podobnych "innych" do siebie. Nie wywlekajmy całości swojego ja na zewnątrz, pokazując je w ubraniach, piercingu, makijażu. Nie dajmy się wbić w cudze buty, nie dajmy przyprawić sobie jakiejś karykaturalnej gęby, zostawmy tą, które daje nam nasze społeczeństwo, lecz zadbajmy o wnętrze, nie o wizualizację. Nie bójmy się też wspólnoty!

Rydzykowny sposób...

35 mln do wygrania w Dużym Lotku, wow. Muszę przyznać, że jest to kwota bardzo inspirująca. Dzisiaj gdy rozmarzyłem się, co by było gdyby..., zacząłem się trochę niepokoić. Gdy wygrywasz 3mln to możesz już kupić mieszkanie, auto, wczasy i później przez dłuższy czas konsumować wygraną. Ale tak naprawdę nie trafisz do bogatej klasy społecznej, to jest jeszcze za mało. Wygrana około 15mln daje ci już bardzo duże możliwości inwestycyjne, możesz poważnie pomyśleć o rozpoczęciu biznesu na szerszą skalę, ewentualnie możesz kupić sobie naszą-klasę, oczywiście po odzyskaniu podatków :) Gdy dostajesz jednak z dnia na dzień 35mln zł, pierwsze o czy trzeba pomyśleć to ochrona. Za taką kasę to jakiś mafiozo spod Kielc jest cię gotów skasować, zanim świat się w ogóle o tobie dowie. Pobicie z kradzieżą jest niestety bardzo prawdopodobne. I TU NADESZŁO OLŚNIENIE!

Tzw. moherowe berety przeznaczają na Ojca Dyrektora mnóstwo kasy. To jest jednak ciągle za mało. Poza tym wbrew wszystkiemu O.D. bogaci się zbyt wolno (ciężko w to uwierzyć =). Potrzebna jest zmiana skokowa. Wybierzmy zatem wszyscy jakąś jedną datę i prześlijmy mu wtedy każdy ile może*. Gdy nagle na jego koncie pojawi się taka kasa,* w końcu ktoś się nim zainteresuje :) a jak już okradają to z wszystkiego, a nie tylko z naszych datków* :D
Logika jest zatem prosta, wyślij kasę Rydzykowi** :)
_____________________________________

* Tekst należy traktować humorystycznie. Nie należy wysyłać mu żadnej kasy:)

** Naprawdę nie wysyłaj.

poniedziałek, 28 lipca 2008

Prorocze myśli :P

Artykuł nawiązuje do wpisu na temat Google

Zbieg okoliczności? A może coś jednak jest w moim poprzednim artykule? Jest jedna rzecz, o której nie pomyślałem. Dopóki nie pojawi się realna alternatywa nie związana z żadnym z molochów korporacyjnych nic się nie zmieni. Internauci po prostu potrzebują kogoś na kogo mogliby przenieść swoje pozytywne uczucia.
Proszę bardzo: dzisiaj sieć zatrzęsła się od otwarcia nowej przeglądarki :)

Dziś rusza wyszukiwarka Cuil.com (wymawiane: “Cool”), według wielu analityków pierwsza od lat realna alternatywa dla Google. Cztery asy w rękawie nowego startupu to: największy indeks, unikalny algorytm, interfejs oraz polityka prywatności. Jokerem mogą być jednak postacie założycieli. (za www.osnews.pl)

Wprawdzie do prawdziwej konkurencji jeszcze daleko ale zaczyna się ruch, uważam, że to bardzo pozytywne nawet dla samego Google. Gdy twórcom cuil'a uda się uniknąć komunikatów takich jak ten, który dzisiaj otrzymałem:

Due to excessive load, our servers didn't return results. Please try your search again.

to przyszłość może być łaskawa da tego projektu. Jako użytkownik muszę jednak zaznaczyć, że jeszcze długo o ile nie zawsze będę próbował coś wygooglać, a nie wycuilać (niefortunność nazwy w języku polskim nie do ukrycia:), w ogóle skąd ta pisownia?) Na razie się poprzyglądam.

niedziela, 27 lipca 2008

Czy Google stanie się wrogiem publicznym #1 ?

Świat zmienia się w niesłychanym tempie, a biznes zaczyna przypominać raczej show-biznes. Mamy coraz więcej firm "jednego przeboju". Dla mnie typowym przykładem takiego przedsięwzięcia jest nasza-klasa. Nagła moda, darmowa promocja w mediach i to każdego rodzaju, nie posiadanie na niej konta to jak nie posiadanie komórki - tylko najwięksi ekscentrycy mogą sobie na to pozwolić. Minęła chwila, kłęby dymu opadły, sporo osób wciąż odwiedza ten portal ale gwiazdą już nigdy nie będzie. Ileż takich gwiazd widzieliśmy na MTV :) Wróćmy teraz do wspaniałej i niepowtarzalnej firmy Google.W jaki sposób ta innowatorska, rewolucyjna firma ma wpisać się w krajobraz show-biznesu?
Wszyscy lubią Google, za jej prostotę, pragmatyzm, świetne dostosowywanie się do potrzeb klienta. Przez chwilę pozwolę sobie na wychwalanie tego internetowego giganta. Przede wszystkim Google to najlepsza wyszukiwarka.Sama firma też jest fantastyczna. Zatrudnienie znajdują w niej tylko najlepsi. Bynajmniej nie chodzi tu o ludzi z największym doświadczeniem czy wiedzą, nie, tu chodzi o Najlepszych! Google to tak naprawdę to nie jest firma, a Uniwersytet, bo największe mózgi nie dostają żadnych konkretnych zadań. Dostają tylko środki i wyzwania. Zajmują się tym co wydaje im się najciekawsze i oczywiście rozwijają to zgodnie z filozofią Google. Na przypieczętowanie moich słów przedstawiam kilka zdjęć z biura Google w Zurychu:

Pracowanie w takim miejscu to musi być prawdziwa przyjemność. Cały Świat kocha Google. Skąd zatem tytuł tego wpisu? Internauci zaczynają otwierać oczy. Popijając swoją coca-colę (która jest symbolem międzynarodowych korporacji) wściekają się na Microsoft i z buntowniczym wyrazem twarzy wpatrują się w swojego Linuksa. Nagle spostrzegają, że przeoczyli powstanie nowego potwora. Monopolista reklamowy zawłaszczający kolejne dziedziny Internetu, a nawet naszego życia, kupuje i tworzy wszystko co się da. Google wypuścił ostatnio Knol alternatywę dla Wikipedii, próbuje kupić Digg, już dawno kupił Youtube. Można by tak długo wymieniać. Głośnym echem w mediach odbiła sie uleglość Google wobec chińskiego rządu. W koncu trzeba tez pamietać, że cały rozwój sieci podporządkowany jest dzisiaj magicznej frazie PageRank. Ostatnio nawet dziennikarz TVN Maciej Mazur w swoim blogu zachęcal antyglobalistów do ataku na Google. Na youtube pojawił sie świetna reklama modulu Google SMS.
Zasatanawiam się czy naprawde tak się musi skończyc ta piękna historia, jednej z najbardziej innowacyjnych firma na świecie. Czy naprawdę musi stać się kolosem, globalnym monopolistą. W jednym z ostatnich numerów The Economist był ciekawy artykuł o Microsofcie i jego podskokach na scenie mobile, video gier i web. Oczywiście jako konkurenci na tym rynku zostali wymienieni Facebook i Google. Zachowanie Microsoftu zostało skomentowane niezwykle trafnie: To tak jakby obserwowanie ojca, który próbuje być cool :P
Niestety z tego zdania płynie jeszcze jeden wniosek, oprócz oczywistej drwiny z MS, Google jest już u progu dojrzałości. To już nie ta młoda dynamiczna bardzo elastyczna firma. Już niedługo wejdzie w wiek dojrzały i zacznie przypominać nam starego, cwanego kapitalistę. Zapytam zatem po raz drugi jako wielbiciel wszystkiego co pochodzi od Brin'a i Page'a: Czy to naprawde musi sie wydarzyć?

sobota, 26 lipca 2008

Odkrywanie Warszawy

Spłoszony poruszyłem dłonią :( Już prawie 30 dni od przyjazdu. Miasto różnorodne, ciekawe, muszę nawet przyznać, że ładne. Stolica mnie zaskoczyła. Wprawdzie nie jest przyjazna dla gości ale ma w sobie coś pozytywnego. Wciąż nie mogę się przyzwyczaić, że nie ma tu centralnego punktu miasta, kultura, rozrywka, historia, transport, handel - rozproszone są po całym mieście. Gdy przyjechałem do Warszawy na wszystko potrzebowałem całe godziny, nawet kupno chleba nie było proste (tak właściwie to do dzisiaj mam problem z kupieniem dobrego chleba). Kraków, z którego przyjechałem jest zupełnie inny. Paradoksalnie jest on bardziej zatłoczony i ciasny. Dochodzą do tego, tym razem już mniej zaskakujące: skostnienie, historia wygrywająca ze współczesnością oraz życie nieco jakby we śnie. Ten sen to artyści, kawiarenki, romantyzm, szyja owinięta szalem i klezmerska kapela grająca na Kazimierzu. Tam bycie innym jest normą. Warszawa zdaje się nie mieć takiej gęby, przyklejonej na siłę, gaszącej żyjący organizm. Jedną z rzeczy, które mnie zaskoczyły to piękne Warszawskie parki i ludzie w nich przesiadujący. Zwykli, ubrani w mało oryginalne ciuchy, z książką, pokrojoną bułką dla kaczek. A może to wszystko złudzenie. Sam przekonuję siebie, że jest mi tu dobrze bo jestem samotny i w swoim zamkniętym pokoju, skończyłem właśnie oglądać ostatni film jaki miałem w swojej kolekcji. Prawdopodobnie rzeczywistość jest bardziej okrutna, im więcej czasu spędzasz w jednym miejscu, tym bardziej czujesz, że lepiej jest tam gdzie Cię właśnie akurat nie ma.

...a po nocy, przychodzi dzień, a po burzy...