wtorek, 29 lipca 2008

Indywidualizm...fuj

Już nie mogę tego wytrzymać. Ciągłe przekonywanie mnie, że im jestem bardziej oryginalny tym lepiej. Coraz częściej spotykam na ulicy ludzi myślących, że im bardziej dziwnie się ubiorą tym bardziej wyrażą siebie. Nic bardziej mylnego! W biurze spotykam codziennie kilkadziesiąt osób, wszyscy w strojach biznesowych, można by powiedzieć, że uniformizacja społeczeństwa na najwyższym poziomie. Okazuje się jednak, że pracują tu same indywidualności. Paradoksalnie natomiast bierzemy przedstawicieli dowolnej subkultury młodzieżowej i zauważamy, że wszyscy maja podobne poglądy, wszyscy równie łatwo dają się manipulować swoim idolom, a indywidualizm o którym ciągle mówią to próba dowartościowania siebie. Jeden z moich ulubionych pisarzy, Gombrowicz, był mistrzem tego tematu. Przed Gębą nie uciekniesz! Nie da się bez niej żyć, nie ma takiej opcji.

Rozprawiłem się króciutko z wszystkimi punkami, emo itp. Mamy jednak jeszcze inna grupę, która szuka indywidualizmu. Młodzi yuppies, oraz wszyscy w około nich. Moja znajoma z biura powiedziała ostatnio, że brak funduszy nie pozwala jej na pełne wyrażanie siebie, na pełny indywidualizm. Gdyby miała więcej pieniędzy, mogłaby bowiem kupować oryginalne produkty, robione zgodnie z jej życzeniami i dostosowane do jej potrzeb. W tym spersonalizowanym świecie czułaby wreszcie, że nie jest częścią masy, a jednostką, indywiduum. Bzdura! Cóż to za indywidualizm, który uzależniony jest od pieniędzy!? To zwykłe kaprysy i rozpieszczenie! Nie winię jej jednak za takie poglądy, przecież taką właśnie papką karmią nas dzisiaj media. Jeżeli jesteś indywidualistą to będziesz nim i w mundurku szkolnym i w garniturze i w dresie. Kasa nie ma tu nic do rzeczy.

Co się z ludźmi dzieje, że tak bardzo chcą być inni. Myślę, że diagnoza wcale nie jest taka trudna. Brak akceptacji samego siebie, brak miłości, to właśnie ten brak objawia się później strachem, że gdy trafimy do tłumu nikt nas już nie zauważy. Boimy się również słowa: "WSPÓLNOTA". W czasie mojego, krótkiego pobytu w Liverpool'u w czasie światowego kongresu młodzieży, zauważyłem, że bardzo często używa się tam słowa comunion. Wcale nie brzmiało przestarzale, obciachowo, czy ideologicznie wrogo. Wszystkim, którzy nie pamiętają przypominam, że komunia to właśnie wspólnota. Tu właśnie chyba leży kluczowy problem, to największe zło jakie pozostało po czasach komuny w Polsce. Po 89 roku miały nastąpić zmiany. Polacy stwierdzili zatem, że skoro mamy tu mieć kapitalizm to musimy zachowywać się jak kapitaliści. A kto nas uczył tego kapitalizmu? Oczywiście partia, przez wiele lat wpajając Polakom, że na zachodzie panuje wyścig szczurów, że jak sam o siebie nie zadbasz to cię reszta zadepcze. Nasz obraz kapitalizmu wynieśliśmy właśnie z czasów PRL i wdrożyliśmy go boleśnie w naszą rzeczywistość. Dzisiaj mamy same jednostki walczące o przetrwanie, ludzi, którzy na siłę próbują pokazać się jako inni. Biorą się stąd całe fale ateistów, racjonalistów, obawiam się, że czasami również "homoseksualistów" (orientacja seksualna to nie jest stan zero jedynkowy - są różne stadia i sądzę że samotność, brak akceptacji samego siebie i chęć zdobycia czegoś więcej niż normalności może kogoś pchnąć w inna orientacje), mamy też całe rzesze oazowiczów, w starych uciągniętych wełnianych swetrach i sztruksach, manifestujących swoja abstynencję czy inne inności.

Co jest takiego złego w byciu podobnym do innych. Przecież potrzebujemy poczucia przynależności. Dlatego w swojej inności poszukujemy podobnych "innych" do siebie. Nie wywlekajmy całości swojego ja na zewnątrz, pokazując je w ubraniach, piercingu, makijażu. Nie dajmy się wbić w cudze buty, nie dajmy przyprawić sobie jakiejś karykaturalnej gęby, zostawmy tą, które daje nam nasze społeczeństwo, lecz zadbajmy o wnętrze, nie o wizualizację. Nie bójmy się też wspólnoty!

1 komentarz:

brainac pisze...

Miałem już napisany spory komentarz, ale mi się stracił, więc muszę zacząć od nowa, a to nigdy nie wychodzi tak samo dobrze.

Ogólnie trudno nie zgodzić się z tobą w kwestii indywidualizacji na siłę, napędzaną bądź co bądź przez dzisiejszą kulturę. Aktualne jest marketingowe hasło „wyróżnij się, albo zgiń” (mam nadzieję, że cudzysłowy się nie posypią).

Trochę innego zdania jestem jednak w kwestii przyczyny. Wydaje mi się, że przeceniasz komunistyczną propagandę. Obok czynnika, na którym się skupiasz, a może nawet przed nim, postawiłbym inne. Primo, kapitalizm na ekranach telewizorów. W filmach, a przede wszystkim w serialach emitowanych na początku poprzedniej dekady biedaków za dużo nie było. Byli ludzie sukcesu w rodzaju Carringtonów. Ludzie mogli nabrać przekonania, że w kapitalizmie po prostu należy odnieść sukces finansowy. Alternatywą jest porażka, a porażek nikt nie lubi. W takiej wizji świata nie ma trzeciej drogi. Oprócz tego, po 50 latach ludziom znów oddano ich los we własne ręce. Wielu, co by nie mówić, słusznie, uznało, że szansę trzeba wykorzystać. Jednak trafił się kolejny "okres błędów i wypaczeń". Jeśli do wyścigu nie włączyli się sami, to przynajmniej wepchnęli w niego swoje dzieci. Kogo tylko było stać wysyłał dzieci na angielski, a jak zostało jeszcze trochę pieniędzy to na lekcje pianina, tenisa albo basen, zmuszając dzieci do realizacji marzeń rodziców. Wszystko po to, aby ich pociechy miały większe szanse na osiągnięcie sukcesu w wolnej Polsce.

Nie zgodzę się też w kwestii „fal” ateistów czy racjonalistów. Upatruję tu zgoła innych przyczyn. Być może pomijasz je, bo nie wiążą się z tematem indywidualizmu, ale to chyba prowadzi do fałszywych wniosków. Znów muszę się trochę rozpisać.

Zaraz po transformacji Kościół otrzymał ogromną potęgę. Nie chodzi mi tutaj nawet o wielkie zwroty majątku, zapewne w większości przypadków słuszne, choć i kuriozalnych rekompensat nie brakuje. Na myśli mam raczej „rząd dusz”, który całkiem naturalnie przypadł KK, z racji wcześniejszych prześladowań, wspierania opozycji i polskiej tradycji. Kilkanaście lat temu Kościół miał monopol na etykę i moralność. Z resztą nawet dziś prezydent potrafi stwierdzić, że nie ma innej moralności jak katolicka. Wydaje mi się, że dopiero od kilku lat Kościół znajduje się w odwrocie. Myślę, że niemała tu zasługa rozpowszechnienia Internetu. Ludzie, zwłaszcza młodzi, przekonują się, że można myśleć inaczej niż rodzice i można mieć przekonania inne niż proboszcz. Dziś osoba, która nie chodzi na religię, nie spotyka się z ostracyzmem, przynajmniej w średnich i większych miastach. Coraz częściej budzi raczej zazdrość, bo ma 2 godziny zajęć w tygodniu mniej.

Skostniała struktura i forma Kościoła oraz wiary katolickiej to nie jedyne powody narodzin coraz to nowych ateistów. Znów maczają tu palce media. Mam tu na myśli przede wszystkim amerykańskie filmy. Ile z nich porusza w jakikolwiek sposób temat religii? A przecież USA to bardzo chrześcijański kraj, łącznie z jeszcze rządzącym prezydentem. Natomiast w filmach widzimy głównie strzelaniny, a główny bohater, niczym Chuck Norris, prawie zawsze uprawia seks na pierwszej randce. Ten obraz, chcąc nie chcąc, trafia do naszej podświadomości.

Wymyślać można by jeszcze pewnie długo, ale ostatnim argumentem do tej części niech będzie postęp nauki. Nie da się zaprzeczyć, że rozwija się ona coraz szybciej, a zdecydowanie wiąże się ona z racjonalizmem, albo, idąc krok dalej, ateizmem. Tymczasem w religii nie zmienia się prawie nic.

Odnieść się nie omieszkam też do „nabytego” homoseksualizmu. Spór jest tu raczej dogmatyczny, a nie na argumenty, ale wydaje mi się, że jest to raczej kwestia coraz głośniejszej tolerancji. Łatwiej zdecydować się ujawnić, zacząć szukać partnerów, kiedy, przynajmniej w mediach, widać większą akceptację zjawiska. Natomiast preferencje chyba istotnie się nie zmieniają. To jak z lubieniem szpinaku czy obgryzaniem paznokci.

Byłbym stronniczy, gdybym i oazowiczów choć trochę nie bronił. Wydaje mi się, że większość z nich raczej się z tym nie afiszuje, choć zapytani się nie wyprą. Dziś do głośnego mówienia, że jest się prawiczkiem, czy konsekwentnego odmawiania alkoholu trzeba mieć silny charakter.

Kończąc merytoryczną część, w której się chyba trochę rozpisałem (może trzeba było trackbacka zrobić i post u siebie?), przejdę do tej towarzyskiej. Dopiero wczoraj zorientowałem się kim jest tajemniczy BJ, który skomentował coś na moim blogu :). Twoje wynurzenia mi się podobają, pisz ile dasz radę, choć wiem, że to czasochłonne. Chętnie zostawię Ci czasem jakiegoś „komcia” ;)